Bardzo optymistyczna osóbka :)

Pewnego dnia (mogło to być 3 lata temu) odwiedziła mnie bliska koleżanka żeby sprawdzić, czy wszystko u mnie okej i czy niczego nie potrzebuję. Od jakiegoś czasu było mi znowu bardzo smutno, że wypadek tak bardzo mnie uziemił i słabo z moją samodzielnością.Muszę siedzieć w domu i dużo odpoczywać żeby ułatwić organizmowi regenerację. Spojrzała na moją smutną buzię i powiedziała „Aga, nie smuć się. To przejściowy stan. Zobacz, udało się Tobie przeżyć straszny wypadek. Musisz być teraz cierpliwa i dać sobie czas.”. kubekPo czym wyjęła z torebki małe pudełko i wręczyła z uśmiechem. To był kubek Optymistycznej Osóbki. Spojrzałam na nią pytająco z oczami pełnymi łez, ale już z uśmiechem. „Aga, Ty byłaś zawsze mega pozytywną dziewczyną. Pamiętam jak było Tobie czasami ciężko, a Ty nigdy się nie skarżyłaś. Powtarzałaś, że dasz radę i nie będziesz użalać się nad sobą. Podwijałaś rękawy i szłaś na pierwszy ogień. Mało tego, ciągle angażowałaś się w „ratowanie tyłka” innym. Przebywanie w Twoim towarzystwie dodawało innym wiary, że wszystkim problemom się zaradzi i niedługo znowu będzie dobrze”. Oczywiście rozpłakałam się ze wzruszenia. Do dzisiaj, kiedy mam chwilowe trudności w ujarzmieniu smutku, zdarza się, że zaglądam do szafki w poszukiwaniu optymistycznego kubka. 🙂

kubek2Rzeczywiście przed wypadkiem tłumaczyłam sobie różne niepowodzenia i smutne wydarzenia, że jest to jakiś sprawdzian mojej siły i zaradności. Wyciągałam wnioski na przyszłość żeby nie trafiać na podobne sytuacje. Nie przepadałam za rozmowami o swoich problemach. Zazwyczaj wracałam do domu i w samotności wszystko układałam sobie w głowie. Szukałam najlepszego rozwiązania i mówiłam sobie, że niedługo to się skończy i będzie lepiej. Ocierałam łzy i wychodziłam z domu uśmiechnięta, gotowa do działania. Lubiłam i nadal lubię angażować się w pomoc innym. Zawsze miałam czas i w głowie tysiąc rozwiązań na pojawiające się problemy. Serce mi się raduje, kiedy patrzę na powodzenia i sukcesy innych.

Od ponad 4 lat moje smutne momenty są wywołane stanem mojego zdrowia i brakiem możliwości zaradzenia niesprawiedliwościom działań niekompetentnych lekarzy. Czuję czasami zwyczajnie bezsilność, że nie mogę sama rozwiązać problemów jak kiedyś. Mimo że nie jestem już sama od prawie roku, nadal bywają momenty, że potrzebuję w samotności poukładać sobie wszystko w głowie – wyrzucić złość do siebie (że nie potrafię zaradzić niekompetencji lekarskiej), odzyskać spokój i wytłumaczyć sobie, że odzyskam zdrowie i jeszcze pobiegnę bez problemu kiedykolwiek będę chciała. Włączam ulubioną muzykę, zamykam oczy, a myśli układają nieporządek w głowie. Wraca potem uśmiech i znowu emanuję pozytywną energią. 😉

Dobrze też, że w moim otoczeniu są osoby, które pamiętają mnie z tamtych czasów i opowiadają mi jaką mnie zapamiętali. Mam szczęście przebywać w towarzystwie mądrych ludzi, którzy nieświadomie potrafią podtrzymać mnie w przekonaniu, że wiara w siebie potrafi być jak Redbull i dodać skrzydeł. 🙂

Kiedyś byłam singielką z wyboru

Jakież to było dla mnie wydarzenie, kiedy to w maju 2014 roku mogłam po raz pierwszy od 39 miesięcy przejść się samodzielnie i odstawić moje dotychczasowe „przyjaciółki” – tak nazywam moje kule łokciowe. 🙂

livePoszłam wówczas na wizytę do dr Ewy Chmurskiej, która od roku pomagała mi otrząsnąć się po wypadku. Ucieszyła się, kiedy zobaczyła jak samodzielnie wchodzę do jej gabinetu. Usiadłyśmy i pełna szczęścia dzieliłam się moimi emocjami jak to wspaniale, że mogę wreszcie sama dreptać. W pewnym momencie dr Ewa spojrzała na mnie i zapytała, jak wyobrażam sobie swoje kolejne dni. No jak mogę sobie wyobrażać? Normalnie: rehabilitacja, wizyty kontrolne u lekarzy, kolejne operacje. Przecież bardzo chcę być zdrowa. Pani doktor na to: „A gdzie miejsce na prywatne życie, na randki, na spotkania z mężczyznami? Nie powinnaś żyć wyłącznie „naprawianiem” zdrowia po wypadku. Nie jesteś garbata ani brzydka. Masz trochę blizn. I dajesz sobie świetnie radę mając słabszą kondycję niż inni. Twoje dolegliwości powypadkowe nie blokują spotkań z mężczyznami! Jesteś piękną kobietą. Otwórz się na relacje z mężczyznami. Oni nie będą patrzeć na Ciebie przez pryzmat Twoich urazów. Zadaję Tobie pracę domową: proszę załóż konto na portalach randkowych. Proszę o smsa najpóźniej za 3 dni z informacją, że masz już założone konto.”. Zrobiłam duże oczy i zamilkłam zszokowana. Wróciłam do domu i odczuwałam stres przez kilka pierwszych dni. Przecież jestem szczęśliwa, mam dużo przyjaciół. Zaczynam powoli wracać do lepszej kondycji. Dr Ewa jest dla mnie autorytetem i mentorką, zatem w końcu przemogłam się i założyłam konto. I tak zaczęłam rewolucyjny etap w swoim życiu. Początkowo czułam się jak modelka na wybiegu. Mijały kolejne tygodnie, a ja poznawałam różnych mężczyzn – singli, rozwodników, lovelasów. Niestety coraz bardziej utwierdzałam się w swoim przekonaniu, że wolę pozostać singielką niż umęczać się z głupimi facetami tylko dlatego żeby nie być sama. Czułam w tym wszystkim małą satysfakcję, że moje przekonania są prawdziwe i moja terapeutka nie ma racji. 🙂 Doszłam do wniosku, że być może los wyznaczył mi inną misję niż założenie rodziny. Byłam z tym pogodzona od dawna i wcale się nie smuciłam.

W pewnym momencie byłam znużona rozmowami z mężczyznami, którzy nie potrafili zainteresować mnie sobą nawet w najmniejszym stopniu. W połowie lipca trafiłam na artykuł w weekendowej gazecie.pl o aplikacji Tinder. Stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia żeby sprawdzić opisaną aplikację. I tak poznałam Jacka, który również przeczytał w prasie o aplikacji i chciał sprawdzić, w jaki sposób aplikacja zarabia na siebie. Kiedy spotkaliśmy się „na żywo” w restauracji w niedzielne popołudnie, spędziliśmy cztery godziny cały czas rozmawiając. Tematów nie było końca. Byłam oczarowana i w lekkim szoku, że spotkałam tak interesującego mężczyznę. Datę 3 sierpnia 2014 roku zapisałam już na zawsze w kalendarzu. Półtora tygodnia później spontanicznie pojechaliśmy na długi sierpniowy weekend do Wiednia. Doszliśmy do wniosku, że co ma być to będzie. Oboje lubimy podróże i poznawać ludzi, więc czemu nie wykorzystać ciekawie czasu. Tym bardziej, że był to mój pierwszy wyjazd zagraniczny od czasu wypadku. I wiecie co? Było wyśmienicie! Oboje byliśmy już w sobie zakochani. Czas płynął, a my coraz bardziej pozwalaliśmy się delektować uczuciem.

smileNiedługo mija rok od naszej pierwszej randki. Wiele się od tego czasu wydarzyło – dużo podróżujemy, w ramach rehabilitacji jestem zabierana często na spacery po Warszawie. Mamy sporo podobnych zainteresowań. Dzięki Jackowi poszłam po raz pierwszy w życiu na balet, na operę, na musical. I pewnego jesiennego dnia, zupełnie spontanicznie, zadecydowaliśmy, że chcemy się pobrać. Zawsze marzyłam o cichym, skromnym ślubie w niewielkim gronie osób. Jacek uważał podobnie. I stało się! Cztery dni przed Bożym Narodzeniem powiedzieliśmy sobie „tak”. Płakałam w tym dniu jak mała dziewczynka. Nie spodziewałam się, że mnie także może spotkać Szczęście, które będzie chciało wspólnie ze mną cieszyć się życiem i wspierać mnie w tym trudnym czasie po wypadku. Dr Ewa jest „matką chrzestną” naszego związku. Gdyby nie ona, z pewnością nadal zajmowałabym się wyłącznie planowaniem zajęć pomagających w powrocie do zdrowia.

Jedno mogę powiedzieć – jeśli w coś się mocno wierzy i uparcie stoi przy swoim przekonaniu, to życie może zaskoczyć. Dostałam pstryczka w nos od losu. Nie jestem już singielką, ale nadal mogę trwać w swoich przekonaniach i planach. Jacek jest moim najlepszym przyjacielem i „poinformował mnie” całkiem poważnie, że nigdy mnie nie opuści. 🙂