Audrey, Tiffany w Nowym Jorku i ja :)

Tiffany - KopiaTen tydzień od początku obfituje w różne dobre wydarzenia i wieści. We wtorek odwiedziła mnie koleżanka i postanowiłyśmy obejrzeć „Śniadanie u Tiffany’ego”. Wiem, że to kultowy film z piękną Audrey Hepburn w roli głównej. Odpłynęłam zachwycona nowojorskim życiem lat 50-tych ubiegłego wieku. Słyszałam niewiele o wyrobach Tiffany&Co., ale dopiero film i dołączona do niego książeczka uświadomiła mi znaczenie tej amerykańskiej marki w świecie designu. Przeczytałam, że Tiffany Blue jest symbolem marki i zarejestrowanym znakiem towarowym. Ile to można dowiedzieć się z jednego filmu! Później znalazłam w domu na półce powieść Trumana Capote o tym samym tytule. Dobrze mieć porównanie książki ze scenariuszem. Ale nie o tym chciałam Wam powiedzieć.

Ostatnia scena filmu przedstawia kłótnię w taksówce głównej bohaterki Holly (vel Lua Mae) i zakochanego w niej sąsiada Paula. Wychodząc z taksówki powiedział na koniec: „Mówisz, że jesteś wolna i niezależna. Boisz się, że ktoś cię zamknie w klatce. Już jesteś w klatce! Sama się w niej zamknęłaś. (…) Nie wyrwiesz się z niej, bo nie uciekniesz od siebie!” Te słowa odbiły się echem w mojej głowie i skłoniły mnie do refleksji nad moim życiem. Dostrzegłam w sobie pewne podobieństwo zagubionej dziewczyny, która za wszelką cenę próbowała swoje życie uczynić wolnym od wpływów i zależności osób z zewnątrz. Co prawda bohaterka prowadziła bardzo towarzyskie życie, ale jednocześnie próbowała pomagać innym w potrzebie wykorzystując swoją sieć kontaktów. Była uśmiechnięta i pełna energii. Naiwnie wierzyła w dobrą naturę ludzi przy jednoczesnym zachowywaniu marginesu bezpieczeństwa żeby nie pozwolić się osaczyć przez innych.

sniadanie-u-tiffanyPodobnie jak u Holly, wydarzenia z czasów dzieciństwa odcisnęły piętno w mojej głowie. Nigdy nie chciałam pamiętać złych ludzi. Uciekałam od tamtych wydarzeń tworząc swój własny system wartości i zasady w ramach których się nadal poruszam. Już jako nastolatka przemyślałam różne możliwości i kierunki postrzegania świata, które mogłyby zapewnić mi szczęście. Robiłam wszystko żeby nie wchodzić drugi raz do tej samej rzeki. Od dawna sporo przebywam z ludźmi uważnie ich słuchając, co pozwala mi później wyciągnąć dobre lekcje albo wnioski dla siebie. Co ważne, bliskość z ludźmi – tak, ale do pewnych granic. Z dobrymi znajomymi, przyjaciółmi mogę na chwilę się przytulić, a potem dalej kontynuować rozmowę. Obcy albo mniej znani ludzie powodują u mnie subtelny dystans. Pozostawałam z nimi w bezpiecznej dla mnie odległości – przynajmniej dystans jednego kroku. Kiedy ktoś podchodzi bliżej, prowadzę nadal rozmowę bez skrępowania, ale… niezauważalnie odsuwam się od rozmówcy. Potrzebuję fizycznej przestrzeni żeby móc skoncentrować się na rozmowie. Taka byłam i taka nadal jestem.

A potem poznałam Jacka (więcej w tekście „Kiedyś byłam singielką z wyboru”). Jest bardzo spostrzegawczy i od razu podczas pierwszego spotkania zauważył jak sztywnieję, kiedy pojawiał się przy mnie zbyt blisko. Powoli cierpliwie pokazał mi, że bliskość jest przyjemna także w dłuższej perspektywie. I tak właśnie wraz z upływem czasu wyszłam ze swojej klatki i uwierzyłam, że mogę być w związku z mężczyzną bardzo szczęśliwa. Tak ważne dla mnie poczucie samodzielności i niezależności wcale się nie ulotniło. Nadal czuję się wolna. Jestem radosna, dzielę się pozytywnymi emocjami z otoczeniem. W krótkim czasie podejmuję ważne decyzje i nie bronię się przed spontanicznością. Nie muszę już sama radzić sobie z problemami. Główna bohaterka filmu także to zrozumiała. Co prawda nadal gdzieś pozostaje we mnie nawyk marginesu bezpieczeństwa żeby czuć komfort codzienności. Taka już jestem. Ale wyrwałam się z klatki i już nie myślę o przyszłości w kategorii „ja”.