SPOTKANIA TRZECIEGO STOPNIA – C.D.

starsza pani2.jpgOdwiedziłam 85-letnią koleżankę Zosię poznaną 3 lata temu na oddziale rehabilitacyjnym. Zosia za każdym razem przygotowuje na mój przyjazd obiad oraz jakąś zagrychę do „napojów wyskokowych”. Najbardziej jednak zadziwia mnie to, że mieszka sama od kilku lat na 3. piętrze w budynku bez windy. Samodzielnie zajmuje się bieżącymi sprawami. Chodzi wolniej niż przeciętny człowiek, ale radzi sobie dzielnie ze schodami. Onieśmiela mnie swoją kondycją. Dużo opowiada o bieżących wydarzeniach i dobrze pamięta przeszłość. Ma dobry kontakt ze swoimi sąsiadami. Organizują sobie okazjonalne imprezy (m.in. urodziny, Sylwestra itp.). Większość życia spędziła na Ochocie. U Zosi można dostrzec klasę i maniery kulturalnej osoby. Pochodzi z rodziny dobrze sytuowanej, a przed wojną jej ukochany tato codziennie kupował sukienki. Uwielbiam słuchać jej opowieści. Skromna, ale wie czego chce od życia. I potrafi docenić codzienność. Nie narzeka i dużo żartuje. Jest zainteresowana rozmówcami i pamięta sporo z poprzednich rozmów. Lubię dzielić się z nią moimi wątpliwościami i słuchać jej opinii. Po prostu kobieta z klasą!

grandma-photo-album.jpgNie było mi do śmiechu podczas ostatnich odwiedzin starszej koleżanki, kiedy opowiadałam o problemach zdrowotnych i o dalszych planach mojego leczenia. Zosia bardzo szybko mi wytłumaczyła, dlaczego mam być cierpliwa i nie poddawać się:
Kiedy małe dziecko uczy się chodzić, to upada kilkadziesiąt razy, ale nigdy nie myśli sobie: „być może to nie jest dla mnie?”. Podnosi się – czasami popłacze albo pokrzyczy – jednak próbuje dalej. – zaczęła. – Tak to już jest, że próbując czegoś po raz pierwszy, a nawet drugi, często nie jesteśmy zadowoleni z uzyskanego efektu. Nie bądź w gorącej wodzie kąpana! I tak nieźle sobie radzisz po takim wypadku. Trzeba próbować wiele razy zanim poczujemy satysfakcję. Kiedyś mogłam zapytać kogoś o radę lub wyszukać podpowiedzi w bibliotece. Czasami zajmowało mi trochę czasu żeby zdobyć potrzebną wiedzę. Ty masz łatwiej, bo teraz nowa technologia pozwala szybciej dotrzeć do potrzebnych informacji. Ludzie jednak stali się w tym wszystkim mniej cierpliwi. Wydaje im się, że swobodny dostęp do Internetu i innych źródeł informacji szybciej rozwiąże za nich problem. Przy okazji poskarżą się na błędy innych osób żeby lepiej znieść swoje niepowodzenia. Cywilizacja zmieniła się w przeciągu kilkudziesięciu lat. Ale są rzeczy, które nigdy się nie zmienią! Cierpliwość i wiara w siebie. Do tego ciężka i sumienna praca. Dopiero wówczas zobaczysz dobry efekt. Ja wiem, że czasami twoje problemy spowodowane są błędami innych lekarzy. Nie masz na to wpływu. Po prostu nie poddawaj się, kochane dziecko. Ty jesteś silna i pracowita. Widziałam to w szpitalu. Inni pacjenci też to widzieli. Ćwicz i płacz z bólu. Ale nie przestawaj. Ucz się jak to małe dziecko. Dasz radę! – głaszcze mnie po policzku. – Ja cię traktuję jak moją wnusię. Żałuję, że nie miałam więcej wnuków żebyś mogła zostać częścią mojej rodziny (uśmiecha się). Teraz to za późno, bo masz swojego towarzysza życia. No dobrze, my tu gadu gadu, a na stole stygnie jedzenie. To teraz po małym kieliszeczku i zjedz wszystko, co przygotowałam dla Ciebie. I nie becz już!

I takich oto historii doświadczam. Spisuję je, bo nie chcę zapomnieć o dobrych chwilach w moim życiu.

SPOTKANIA TRZECIEGO STOPNIA

Życie czasami tak zaskakuje, że głowa nie jest tego w stanie od razu ogarnąć. Potrzeba wówczas przysiąść i zamknąć oczy żeby uwierzyć, że doświadczyliśmy właśnie czegoś prawdziwego. Dzieje się to w miejscach, których wcale nie podejrzewalibyśmy o pozytywnie szokujące sytuacje. I w czasie, w którym nie przypuszczalibyśmy zaskakujących momentów. O co chodzi? Wyobraźcie sobie 30-letniego Kuśtyka (Ja!), który 3-4 razy w tygodniu potrzebuje troski terapeutycznej żeby odzyskać sprawność. W placówce rehabilitacyjnej ma m.in. zabiegi fizykoterapii, gdzie leży się przez max 10-15 minut i pozwala urządzeniom żeby poprawiały kondycję chorej części ciała. Na zabiegi przychodzą ludzie w różnym wieku i z różnymi dolegliwościami. Niektórzy płaczą nad swoim losem, inni dynamicznie ćwiczą z nadzieją na szybki powrót do zdrowia.
starsza paniPewnego dnia Kuśtyk na zajęciach spotyka starszą panią (na pierwszy rzut oka wyglądającą na jakieś 60+), która uśmiechnięta krąży sobie po przychodni rehabilitacyjnej. To przysiada przy różnych urządzeniach do zabiegów fizykoterapeutycznych albo rozmawia z fizjoterapeutą. A to znowu zajmuje specjalne stanowisko, przy którym rękoma obraca koło za pomocą rowerowych pedałów. Cały czas pogodna i uśmiechnięta. Dużo rozmawia z innymi pacjentami. Ubrana w spódniczkę i w sweterek zamiast wymaganego sportowego stroju. W pewnym momencie trafiam na ową panią w pomieszczeniu zabiegowym. Obie mamy zabieg magnetoterapii. Nie wytrzymała ciszy i poczuła, że chcę bardzo poznać tę uroczą kobietkę.
– Dzień dobry. Nie widziałam wcześniej pani. Co się stało w ręce? Widzę, że dzielnie pani ćwiczy na „ręcznym” rowerku. – zagadnęła.
– (znowu śmieje się) Wiesz dziecko, przyszłam tutaj na rehabilitację kolana. Na przedostatnich zajęciach poślizgnęłam się na schodach tutaj w budynku i złamałam rękę w nadgarstku. Pracownicy placówki przejęci moim wypadkiem zaproponowali, że pomogą mi przywrócić sprawność w ręce i mam wrócić po zdjęciu gipsu. No to jestem znowu!
– Jest pani bardzo dzielna. Opowiada pani o tym zdarzeniu bez złości i żalu. Zauważyłam jak sobie pani sprawnie radzi ze wszystkim. Na dodatek wyczuwam sporo energii choć nie jest pani w moim wieku. Niejednego młodego mogłaby pani zawstydzić swoją sprawnością. I w tym wszystkim nie schodzi pani uśmiech z twarzy. Chylę czoła. – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
– Dziękuję Tobie za miłe słowa. Nie jestem taka młoda. Urodziłam się w tym samym roku, co papież Jan Paweł II.
– Naprawdę?! Wcale nie wygląda pani na swój wiek! Myślałam, że jest pani po sześćdziesiątce! Tym bardziej jestem pod wrażeniem pani zaradności. – odparowała zgodnie z prawdą.
– Moja babcia zawsze powtarzała, że z uśmiechem raźniej iść przez życie i łatwiej umierać. A ja jestem 20’ rocznik i podążam zgodnie za radą babci. Całe życie starałam się cieszyć z tego, co los mi przyniósł. Nie narzekałam. Zdażały się problemy. Ale co tam! Pogłówkowałam nad rozwiązaniami. Powtarzałam przy tym sobie, że zawsze mogło być gorzej i robiło mi się lepiej. 🙂  Jakoś wszystko szło do przodu. Teraz też już jest lepiej. U siebie na osiedlu jestem przewodniczącą rady osiedla i jeszcze jestem w stowarzyszeniu seniorów naszej dzielnicy. Dużo się dzieje, więc mam co robić! Ale się cieszę, bo nie jest mi w życiu nudno. Nie mam czasu umierać.  – skomentowała szalenie szczerze starsza pani.
– Życzę pani zdrowia i żeby ta energia pozostała już na zawsze. To jest zaraźliwy stan! Do widzenia! – pożegnała na koniec „odlotową” staruszkę. Kiedy Kuśtyk wróciła do domu postanowiła wziąć się w garść i tylko troszkę popłakiwać jak już nie potrafiła inaczej.

3 lata temu Kuśtyk była przed świętami bożonarodzeniowymi przez 3 tygodnie na rehabilitacji w szpitalu. Przydzielono ją na największą 6-osobową salę. Była najmłodsza, a najstarsza pani była po 80-tce. Mimo różnych dolegliwości wszystkie były bardzo energiczne i chętnie dzieliły się ciekawymi doświadczeniami. Stworzyły bardzo zgraną paczkę, o której zaczęli sobie opowiadać inni pacjenci z lekką dozą zazdrości. Plotki doszły nawet do ordynatora i pozostałego personelu. Było naprawdę fajnie. IMG_20131219_175221.jpgPrzed snem czasami śpiewały, innym razem robiły sobie nawzajem kawały. Tuż przed końcem pobytu zorganizowały sobie „mini Wigilię”. Najstarsza koleżanka poprosiła swoją córkę żeby dyskretnie przemyciła butelkę wina. Bardziej sprawne zrobiły zakupy w pobliskim sklepie w stylu turystycznym: „szybko, łatwo i smacznie”. Wówczas to dopiero na oddziale zaczęło ziać zazdrością. Ale miały to gdzieś i rozstały się pamiętając dobrze spędzone wspólnie chwile. Z niektórymi Kuśtyk nadal pozostaje w kontakcie.

Sami widzicie, że nietrudno przyciągnąć ludzi i sytuacje, które wydają się fantazją albo zmyślonymi sytuacjami. Szczególnie, kiedy ktoś nam o tym opowiada. Dużo może dać kontakt ze starszymi osobami zachowującymi się jak „latające marynary”. Długość życia wydłuża się, a oni nie przejmują się dolegliwościami. Choć w ich pamięci pozostają trudne czasy, znane nam jedynie z opowieści, to oni czerpią życie pełnymi garściami i niczego się nie boją. Może właśnie dlatego potrafią cieszyć się każdym dniem. I na dodatek chętnie dzielą się życiowymi mądrościami. Postanowiłam, że podzielę się tym z Wami, bo zdaję sobie sprawę, że życie „częstuje” nas różnymi zdarzeniami – czasami radosnymi, ale też i szokująco dziwnymi. Niech moc będzie z Wami! Nauczyłam się od starszych, że w tym wszystkim jedno trzeba mieć z tyłu głowy: koko dżambo i do przodu! 😀

TRUDNE PYTANIE

Ciepły wieczór jest dobrą okazją żeby wyjść z domu i wyskoczyć na miasto ze znajomymi. Zdecydowała się na spotkanie z Alicją – znajomą poznaną na ostatniej imprezie urodzinowej u przyjaciół. Rozmawiały ochoczo o ostatnich wydarzeniach w kręgu ich znajomych. To zawsze jest nigdy niewyczerpujący się temat. Śmiały się i przerywały sobie nawzajem chcąc dodać więcej pikanterii do wypowiedzi. Dobrze im się gadało. Wieczór niestety szybko zleciał i trzeba było wrócić wypocząć przed kolejnym dniem pracy. Wracały pieszo, bo mieszkały blisko siebie. Alicja zaczęła opowiadać o przeczytanej niedawno książce, w której główna bohaterka po złych doświadczeniach odnalazła na nowo cel życia i zaczęła cieszyć się każdym dniem. W pewnym momencie zadała zaskakujące pytanie:
– A co ciebie spotkało najgorszego w życiu?
Zatrzymała się i spojrzała uważnie na Alicję. Zacisnęła usta i przez chwilę milczała. Po chwili zaczęła spokojnym głosem:
– Mój tata zmarł na zawał serca, kiedy byłam w podstawówce. IMG_3668.JPGMiał 32 lata. Byłam jego ukochaną córeczką. Uwielbiał czytać mi książki, wygłupiać się. Potrafił mówić do mnie „po kaczorsku”, tzn. świetnie udawał głos Kaczora Donalda. Zabierał mnie ze sobą nawet, kiedy szedł wyrzucić śmieci. Był cudowny dla mnie! Bardzo opiekuńczy. Nie masz pojęcia jak wszystko może się szybko rozpaść po stracie ukochanej osoby. Cały świat staje się inny. Nikt nie jest w stanie zastąpić ci jego osoby. Patrzysz na szczęśliwych kolegów i koleżanki w towarzystwie swoich rodziców… i serce Tobie ściska. Łzy same napływają do oczu. To nie była nigdy zazdrość. To tęsknota za ciepłem ukochanego rodzica.
– Hmmm… to moje problemy są niczym w porównaniu z twoimi… – odparła zaskoczona Alicja i spojrzała gdzieś w dal.
– Myślę, że każdy ma swoje problemy i złe doświadczenia. Nie ma co porównywać. To było dla mnie okropne doświadczenie. Spowodowało, że nie chcesz potem rezygnować z niczego dobrego. Spędzasz czas w towarzystwie innych ludzi tylko po to żeby poznać lepszy świat. Chłoniesz wszystkie informacje, poszerzasz wiedzę czytając m.in. książki biograficzne. Wracasz do domu żeby położyć się i zamknąć oczy. A potem wyobraźnia przenosi Cię w ten lepszy świat, w którym znowu jesteś szczęśliwa jak przy tacie. Wiesz, po śmierci taty postanowiłam sobie, że będę zdobywać wiedzę, rozmawiać z ludźmi żeby wiedzieć jak ułożyć sobie życie kiedy dorosnę. I wiesz co? Spotkałam wielu mądrych ludzi. Wyrzuciłam z siebie smutek i starałam się nie przejmować porażkami.I tak jest do teraz. IMG_3593.JPGPrzyciągam ciekawe osoby i cały czas dowiaduję się czegoś nowego o życiu. Czasami mogę z kimś długo się nie widzieć, a potem spotykamy się i gadamy non stop. Czasami brakuje mi taty, ale postanowiłam stworzyć własną rodzinę, w której będziemy sobie dawać nawzajem wszystko, co daje szczęście. I to zaczyna się spełniać. Naprawdę kiedy wierzysz w coś bardzo mocno i dążysz do tego, to w pewnym momencie zaczynasz czuć, że to już się zaczęło. Spełniają się twoje marzenia. Poza tym czuję, że tata patrzy na mnie gdzieś z góry i czuwa cały czas nade mną.

– Mhhh… powiem tobie, że nie spodziewałam się tak fajnego wieczoru. Cieszę się, że cię poznałam. To co? Do następnego razu? 🙂 Jesteśmy w kontakcie. Dobrej nocy! – odparła z uśmiechem Ala.
– Wzajemnie, kochana. Kolorowych snów. Do miłego!

DOM-PRACA-DOM-PRACA. I PO CO TAK?

mikolajek_rysunek2Przed 2011 rokiem moja codzienność była bardzo aktywna. Nieustannie i świadomie byłam w dużym pędzie. Moje życie zawodowe było bardzo pracowite. Po brzegi wypełnione różnymi zajęciami. Często wracałam do domu późno albo dopełniałam sobie resztę dnia dodatkowymi zajęciami – sport, wycieczki, spotkania. Tak naprawdę wracałam po to żeby się położyć spać. Kiedy miałam więcej wolnego (bo też się zdarzało), czułam się zmęczona i szybciutko wymyślałam dodatkowe zajęcia. I tak mijał dzień za dniem, miesiąc za miesiącem i wreszcie rok za rokiem. Wszelkie problemy albo utrudnienia „brałam na klatę”, czasami popłakałam w samotności albo czułam ścisk w żołądku, ale wszystko szło do przodu. Czułam satysfakcję słysząc i widząc zadowolenie/wdzięczność innych. Wtedy wydawało mi się, że jest super. Życie prywatne zupełnie zepchnęłam na samo dno moich planów. Byłam zadowolona z tamtego „tu i teraz”. W tym wszystkim otaczało mnie dużo ludzi. I tak trwałoby to nadal, gdyby nie pewnego zimowego wieczoru urwał mi się film. Moje życie zmieniło się o 180 stopni. Na początku nie kumałam o co chodzi. Leżałam w szpitalu i mój umysł nie był świadomy, że teraz jest inaczej. Im bardziej się regenerowałam, tym świadomość zaczęła przypominać, że przecież byłam super power i pracowałam. Powtórzę się, ale tamto zdarzenie naprawdę było jedynym sposobem żeby zwolnić tempo mojego życia. Zaczęłam mieć czas dla siebie, co wykorzystałam na uporządkowanie niezałatwionych spraw z przeszłości, zepchniętych wcześniej w głęboką dziurę. Zaczęłam dostrzegać inne zalety życia, których doświadczam w wolnym czasie między kolejnymi operacjami i rehabilitacją.

mikolajek_rysunekCały czas uczę się życia. Jestem wciąż ciekawa świata. Podczas spotkań wypytuję rozmówców m.in. o ich podejście do tematu tworzenia równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. I tak poznałam tych, którzy podobnie jak ja przed wypadkiem, koncentrują się głównie na życiu zawodowym. Wracają do domu jedynie po to żeby się wyspać, bez poświęcania uwagi domownikom. Nie wyobrażają sobie, że mogłoby być inaczej. Druga grupa z kolei jest świadoma, że nie jest to do końca dobry stan rzeczy, ale nie zmienia tego w obawie przed utratą pracy. Argumentują to, że takie jest życie i trzeba to przyjąć do wiadomości jako coś naturalnego. Ostatnio rozmawiałam z mężczyzną, który dopiero kiedy został ojcem zaczął rozumieć, że nie do końca dobrze planuje sobie życie. Na szczęście ma żonę, która próbuje mu to wytłumaczyć i przekonać, że życie po pracy jest równie ważne. W tym wszystkim przyjemnie się słuchało jego pozytywnego stosunku do podejścia żony. „Próbuję zmienić w sobie skupianie się wyłącznie na pracy i znaleźć cierpliwość na cieszenie się domowym zaciszem bez spięcia i dużego tempa.”

Obserwuję i rozmawiam ze ludźmi, którzy swoją pracą zaszli wysoko na swojej ścieżce zawodowej. Część z nich prowadzi samodzielny biznes lub szefuje w dużych firmach. Podejście podwładnych jak i przełożonych zaczyna się zmieniać. Zaczęli rozumieć, że ważne jest życie. Z uśmiechem czytam posty przedstawiające sposoby spędzania wolnego czasu, realizacji hobby i przede wszystkim pozytywnego nastawienia do życia. Niektórzy przeprowadzają się poza miasto i zdalnie sterują swoim biznesem. Mają czas na cieszenie się codziennością. Wielu z nas coraz bardziej ma odwagę żeby stawić czoła przeszkodom albo głośno sprzeciwić się spędzaniu nadgodzin w firmie. W miejscach pracy pojawia się więcej empatii i traktowania pracowników po ludzku. Przykładem tego jest sytuacja, która spotkała mnie w ubiegłym roku w centrum medycznym, gdzie uczęszczałam na rehabilitację. Otóż przepraszając mnie poproszono o zrozumienie i o zgodę na odwołanie zajęć w umówionym wcześniej dniu. Nie miałam z tym problemu. Dlaczegóż miałabym mieć z tym problem? 🙂 Dowiedziałam się później, że prowadzący mnie fizjoterapeuta miał rocznicę ślubu i jego żona potajemnie skontaktowała się z szefostwem firmy prosząc o dzień urlopu dla niego. Zaplanowała tego dnia zabrać męża na wycieczkę żeby uczcić z nim ich święto. Fizjoterapeuta nic o tym miał nie wiedzieć do samego końca. Miał rano wstać do pracy, a żona dopiero wtedy miała mu powiedzieć, że ma wolny dzień i ma dla niego niespodziankę. W pracy wszyscy mieli zachować tajemnicę. Szefostwo bez zastanowienia wyraziło zgodę. 🙂 Świetna historia. Sami widzicie, że jak się bardzo czegoś chce, to można nawet z szefami dogadać się i otrzymać zgodę na nieobecność w pracy.

mikolajek_rysunek3No i czas na podsumowanie. Mamy jedno tylko życie (no może ja mam drugie 😉 ). Trzeba dobrze wykorzystać swój czas na ziemi (nie tylko żyjąc samą pracą) i będąc już w sile wieku móc powiedzieć, że „przeżyłam/łem swoje życie najlepiej jak się dało”. Niektórzy (m.in. „Aga Power”) potrzebowali silnego wstrząsu żeby to zrozumieć. Proponuję wziąć czystą kartkę i wypisać sobie swoje marzenia i to, co chciałoby się jeszcze doświadczyć. Na liście mogą oczywiście znaleźć się także plany zawodowe. Następnie dopisuje się sposób, w jaki można zrealizować swoje cele i jakie mogą pojawić się ewentualne przeszkody oraz jak im zaradzić. I już! W tym wszystkim ważną zmienną jest czas. Szybkość często jest niewskazana (przy okazji planowania można poćwiczyć cierpliwość). Jak to się mówi: mierz siły na zamiary i nie ograniczaj się tylko do życia zawodowego. Dobrze rozplanowane cele można zrealizować. A jeśli pojawi się zdarzenie, które spowoduje zmianę, to tak widocznie miało być. Ale to nie oznacza, że nie można znaleźć innych ciekawych rzeczy. Może to zobrazuję. Przed wypadkiem byłam jak burza – dużo energii, biegałam tu i tam. Próbowałam poukładać swoje plany życiowe żeby co roku wyjeżdżać na południe Europy i uprawiać surfing, a także uczestniczyć w wydarzeniach muzycznych. Walnął mnie wóz strażacki i plany uległy drastycznym zmianom. Teraz robię wszystko żeby pobiec przed siebie, np. spiesząc się na tramwaj. Nie potrafię tego jeszcze, ale wierzę, że jeszcze mi się uda. Surfing stanął pod znakiem zapytania, ale kto wie? Może jeszcze kiedyś wrócę do tego sportu? A jeśli nie, to będę pływała na desce leżąc na brzuchu. Teraz spaceruję w towarzystwie mojego męża tu i tam po różnych krainach (kiedy nie rezyduję w szpitalu). A jak się zmęczę, to siadam na ławeczce albo w kawiarni i odpoczywam. 🙂
Do następnego wpisu!

GDYNIA MOJE MIASTO

fontannaObudziła się jak co dzień. Przejrzała poranną prasę i zobaczyła mnóstwo wiadomości poświęconych 90-leciu istnienia miasta Gdynia. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się. Przecież to jej rodzinne miasto. Tam się urodziła, mieszkała i skończyła studia na Akademii Morskiej. Kiedyś wydawało się jej, że nigdy nie wyprowadzi się z Trójmiasta, bo przecież od zawsze czuła silną więź z morzem. Życie jednak weryfikuje plany różnymi potrzebami życiowymi. Wyjechała do Warszawy do nowej pracy. Przez pierwsze pół roku płakała, bo czuła się jak w zamknięciu. Z każdej strony otaczał ją mury budynków. Brakowało jej przestrzeni. Do dzisiaj nie znalazła swojego miejsca z dala od morza. Poznała wielu warszawiaków, którzy pokazali jej ciekawe miejsca w stolicy. Lubi je i w żartach powtarza, że Warszawa byłaby idealnym miastem, gdyby leżała nad morzem. 🙂

Kiedy poznała swojego partnera, pojechali do Gdyni i pokazała mu miejsca, o których istnieniu nie wiedział. Po którymś wyjeździe oświadczył, że marzy o zamieszkaniu w jej rodzinnym mieście. Bez problemu mógłby znaleźć tam pracę. Czuje, że morskie powietrze dawałoby mu energię na każdy dzień. Jednak z pewnych powodów ona jeszcze nie może wrócić do Gdyni. Ale kiedyś na pewno to zrobi, bo przecież marzy o domu nad morzem.

dyrygent falGdynia… Czuła przestrzeń i brak ograniczeń ze strony otoczenia. Kiedy potrzebowała przemyśleć swoje sprawy, znaleźć rozwiązania pojawiającym się problemom albo odzyskać energię i power, zawsze szła nad morze. Siadała na plaży i patrzyła przed siebie. Wsłuchiwała się w szum morza i wiatru. Kiedy zamykała oczy zaczynała głęboko oddychać i powoli znikał ucisk w żołądku, a w głowie pojawiały się nowe pomysły. Wracała uśmiechnięta, pełna energii żeby stawić czoła kolejnym dniom. I tak było zawsze.

Katarzyna Foigt2Mieszkając w akademiku, a potem w hotelu asystenckim mogła z okna pokoju podziwiać zatokę. Wieczorami docierało do niej światło portu i istniejącej wówczas jeszcze stoczni. Nie zasłaniała okien. Lubiła to światło. W pewnym momencie otrzymała propozycję pracy w Gdańsku. Nie wyprowadziła się z miasta. Wolała wstawać o świcie i obserwować wschód słońca w drodze do pracy. Hel o poranku nabierał angielskiego znaczenia „hell”, bo słońce wznoszące się nad półwyspem zabarwiało ziemię na pomarańczowo-czerwono i miało się wrażenie, że Hel płonie. Nigdy tego nie zapomniała i do dzisiaj wzdycha, kiedy przypomina sobie tamte chwile. Warszawie udało się „ściągnąć” ją do siebie, ale to po prostu pewien etap życia. Śledzi  oczywiście wiadomości o Gdyni. Widzi zmiany na dobre. Miasto cały czas się rozwija. Jest dumna, że stamtąd pochodzi.

Wszystkiego najlepszego z okazji 90. urodzin, Gdynio!

[wykorzystane w tekście zdjęcia są własnością innych fotografów]

SPONTANICZNY PONIEDZIAŁEK

Dzisiaj obudziłam się w dobrym nastroju. Nie było problemów z zaplanowanymi zadaniami. Próbuję dodzwonić się do dawno niewidzianej koleżanki. Nie odebrała. „Hmmmm… pewnie jest zajęta w pracy.” – pomyślałam.
Oddzwoniła później.
canstock8178873– Cześć, kochana! Co u Ciebie? Widzisz, odwołali mi właśnie szkolenie. Co teraz robisz? Jesteś bardzo zajęta? Mam tobie tyle do opowiedzenia! Dawno się nie widziałyśmy. Ostatnio to widziałyśmy się jesienią, kiedy gorączkowo szukałaś placówki medycznej żeby wykonać badanie. To może pójdźmy do kina? Na co możemy pójść? – wyrzuciła z siebie słowotok.
– Zaraz sprawdzę i dam ci znać. Oddzwonię. – przerwałam jej zanim zasypałaby mnie kolejnymi nowinkami.
Umówiłyśmy się na miejscu. Wbiegła zadyszana tuż przed seansem.
– Matko, ale dobrze wyglądasz! Zapuściłaś włosy. Wyglądasz łagodniej niż wtedy, kiedy się poznałyśmy. Miałaś krótkie włosy i wyglądałaś jak businesswoman z mocnym charakterem. A teraz widzę uśmiechniętą dziewczynę o wesołych oczach. Super! Dobrze, że nosisz taką długość włosów. Naprawdę! – zaczęła na dzień dobry.
– Naprawdę? Bardzo dziękuję. Ale przywitanie! – odpowiedziałam mile zaskoczona.
Opowiedziała, co zdążyła jeszcze zrobić między naszą telefoniczną rozmową a dotarciem do kina. Mówiła o kilku rzeczach na raz. Przy niej potrzebuję bardzo się skupiać żeby nadążyć za jej tokiem myślenia. Dla mnie to dobry sposób rehabilitacji głowy. Szczególnie, że koleżanka pracuje w branży medycznej. 😉
Film się skończył i zaczęłyśmy zbierać się do wyjścia z sali kinowej. Patrzę, a ona trzyma oklejoną taśmą kopertę.
– A co Ty nosisz tym razem ze sobą?! – pytam rozbawiona, bo zawsze spotykamy się, kiedy jest obładowana notatkami i książkami.
– No właśnie nie wiem co to. Przykleiło mi się do torby. Czekaj, sprawdzę.
Rozbawione zaglądamy do koperty, a tam kartka z napisem: „WYGRANA!:) ZAPRASZAMY PO ODBIÓR DO KASY KINA. GRATULUJEMY!”. Patrzymy na siebie zaskoczone z szeroko otwartymi oczami. Poszłyśmy, a pan w kasie mówi, że to książka. Dostałyśmy „Stuhrmówka, czyli wewnętrzny gen wolności” Macieja Stuhra. Zrobiło nam się jeszcze przyjemniej. Skomentowałam wszystko jednym zdaniem: „Dobro wraca do tych, którzy dzielą się dobrem z innymi”. I żeby było jeszcze bardziej zaskakująco, koleżanka zdecydowała, że to ja mam najpierw przeczytać prezent, bo ona teraz nie ma czasu. Trochę próbowałyśmy argumentować, dlaczego to ta druga z nas ma najpierw przeczytać książkę. I postawiła na swoim – ja pierwsza mam przeczytać. Co za dawka emocji. Ach!
Poszłyśmy na metro. Koleżanka cały czas wyrzucała z siebie słowotok. Ja wracałam do domu, ona dalej w miasto z innymi planami. Tak zagadała samą siebie, że chciała wysiąść na mojej stacji.
Po drodze drobne zakupy i miłe rozmowy z ekspedientkami. Zwróciły uwagę na książkę, więc opowiedziałam im o przygodzie w kinie. Zasugerowały, że powinnam zagrać w totolotka, bo miałam dzisiaj szczęście. W dobrym nastroju wróciłam do domu. Potem wrócił mój mąż. Rozmawialiśmy o dzisiejszym dniu przy kawie i ponownie zostałam zaskoczona. Tym razem przez mojego Ukochanego: „Jesteś najlepszą żoną na świecie!”.
Tyle emocji od poniedziałku! Ciekawe, co przyniosą kolejne dni? 🙂

ZNAJOMOŚCI PRZYCHODZĄ I ODCHODZĄ

W ciągu naszego życia ciągle poznajemy jakiś ludzi. Część z tych kontaktów pozostaje na dłużej, a nawet – przeistaczają się w głębokie przyjaźnie. Są wśród nich kontakty sporadyczne, które albo sprawiają nam przyjemność albo powodują zmęczenie pochłaniając naszą dobrą energię. Lubię poznawać ludzi, bo często towarzyszą temu ciekawe historie i doświadczenia. Z przyjemnością spędzam czas przy filiżance gorącej kawy wymieniając się poglądami na różne tematy. Jest to dla mnie jeden ze sposobów poznawania świata i zdobywania wiedzy na temat otaczającej nas rzeczywistości. 🙂

Czas płynie, a niektóre kontakty nie przetrzymują próby czasu. Po drodze doświadczamy różnych zdarzeń, które z jakiegoś powodu wpływają na dalsze relacje z wieloletnimi przyjaciółmi/znajomymi. Tak było w moim przypadku. Wypadek zwolnił tempo mojego życia, które prowadziłam wcześniej. To był dla mnie szok i moje strapienie. Większość czasu zaczęłam spędzać w placówkach medycznych, ale mogłam w tym wszystkim mieć więcej chwil na przemyślenia: gdzie jestem i co jeszcze przede mną? Szczególnie, że nagle pojawiły się szokujące dla mnie wyzwania – m.in. nauka chodzenia. Głębokie urazy neurologiczne wymazały kilka ostatnich lat. Widzę je jakby przez mgłę albo słucham opowieści od innych. Czasami kiedy ktoś zaczyna rozmawiać ze mną, to coś tam mi się przypomina. Często jednak patrzę zdziwiona, zupełnie nie pamiętając zdarzenia. Może tak miało być… Może lepiej nie pamiętać? Próbuję sobie wytłumaczyć, że czasu nie cofnę. Ćwiczę pamięć, szukam sposobów żeby było coraz lepiej. Generalnie cieszę się z tego, gdzie dotarłam po tylu miesiącach (baaa – latach!) ciężkiej pracy fizjoterapeutycznej. Zapisuję po drodze pewne wydarzenia żeby ich nie zapomnieć albo sprawdzam starą korespondencję w komputerze. Jestem pogodna, dlatego na pierwszy rzut oka nie widać moich problemów zdrowotnych. I to mnie cieszy, bo nie chcę żeby oceniano mnie przez ich pryzmat.

Piszę o tym, bo spotkałam się w ostatnim czasie z oskarżeniami starych znajomych, że przestałam się regularnie odzywać albo że zapomniałam o ich wsparciu w pierwszych tygodniach po wypadku. Szczególnie podkreśla się czas od momentu, kiedy zaczęłam być w związku. Tak powiedziała mi to osoba, której kiedyś bardzo ufałam i od której otrzymałam sporo pomocy zaraz po wypadku. Rzekomo znajomi poznani przed wypadkiem mają do mnie żal, a część z nich nawet wyrzekła się znajomości ze mną. Podobno jestem niewdzięczna. Byłam bardzo zdziwiona i zatkało mnie. Nie zapomniałam! Nawet napisałam o tym dziękując wszystkim, którzy wtedy się mną opiekowali. Sprawdziłam zarzuty kontaktując się z ludźmi, którzy najbardziej powinni być na mnie obrażeni. Informacje nie potwierdziły się. Usłyszałam, że czas płynie i nie zawsze jest okazja żeby porozmawiać. Czasami nie ma się ochoty opowiadać o swoich problemach. Ja to doskonale rozumiem! W miarę możliwości wrzucałam posty na Facebooka żeby dzielić się aktualnym etapem leczenia i stanem mojego zdrowia (teraz piszę na blogu, bo wiele osób prosiło mnie o dzielenie się swoim spojrzeniem na życie, na otaczający mnie świat). Nie byłam w stanie dzwonić do każdego znajomego osobno, bo to wykańczało mnie fizycznie i psychicznie. Część kontaktów z miesiąca na miesiąc naturalnie słabła. Pamiętam, że odczuwałam trochę znużenie rozmówców, kiedy głównym tematem podczas spotkań był przebieg mojego leczenia i aktualny stan zdrowia. Znajomi z czasem przestali mnie zapraszać. No cóż, nie mogę mieć o to pretensji. Trzeba było pomagać mi w przemieszczaniu się, miałam problemy w poruszaniu się po schodach. Starałam się w tym wszystkim być pogodna i nie skarżyć się na moje życie.

Przyjaźnie przychodzą i odchodzą z jakiegoś powodu. To już wiadomo nie od dzisiaj. W trakcie mojego leczenia pojawiali się nowi znajomi, ale mam też cały czas kontakt ze starymi znajomymi z dawnych czasów (liceum, studia, praca). Z częścią z nich tworzę bardzo przyjacielskie relacje, które trwają do dzisiaj. Nie ma potrzeby codziennych kontaktów żeby utrzymać i pielęgnować z nimi pozytywną więź. Nie ma pretensji, bo każdy ma swoje życie wypełnione różnymi sprawami. Jaki z tego morał? Trzeba słuchać wewnętrznego głosu i postępować według wypracowanych przez lata zasad. Co prawda jestem bardzo wrażliwa i czasami jeszcze łatwowierna, co powoduje wewnętrzne cierpienie i doszukiwanie w sobie winy. Tak było w przypadku oskarżeń, których autorem była jedna nieszczęśliwa osoba. I po co?

Pewnego dnia po wypadku postawiłam sobie jako cel odzyskać chociaż częściowo siłę i powera żeby iść przez życie bez większych problemów. Od ponad roku mam silne wsparcie ze strony kochającego mnie mężczyzny. Są też inne przyjazne dusze, z którymi mogę rozmawiać godzinami. Nikt mnie nie oskarża, a wręcz przeciwnie – prowokują żeby podejmować się ciekawych wyzwań. 🙂

Dziękuję wszystkim, którzy mnie dopingują do dalszej pracy nad swoim zdrowiem i razem ze mną cieszą się codziennością. 🙂 Nie boję się konstruktywnych uwag. Wręcz przeciwnie – cieszą mnie życzliwe sugestie. Mam powera i nie będę odwracać się w poszukiwaniu tego, co straciłam. Wszystkim oskarżycielom mówię: STOP! Odczepcie się! Idę tam, gdzie idę! A wszystkim szczerze życzę powodzenia w realizacji swoich życiowych planów i jak najmniej problemów po drodze. Bo jestem dobrą kobietą! A znajomości zwyczajnie ulegają migracji. 🙂