KRÓTKIE HISTORIE JESZCZE O WALENTYNKACH

kissesWczoraj święto zakochanych ożywiło ulice miasta – zostały zasypane stoiskami z kwiatami. Pogoda także zachęcała do spacerów randkowych i generalnie do wyjścia z domu. 20 lat temu była to nowość, stąd bardzo pielęgnowano ten dzień różnymi romantycznymi pomysłami. Kilkuletnia wówczas demokracja i otwarcie granic na świat budziła entuzjazm wśród Polaków do wszystkiego, co przychodziło z zagranicy. Wszędzie widać było zakochanych. Z roku na rok zaczęło się to jednak zmieniać. Zauważam obojętność (nie tylko na Święto Zakochanych). Obecnie modne jest „nierobienie tego, co wszyscy”. Inaczej mówiąc – skoro większość lubi Walentynki, to będzie grupa ludzi chcąca być w mniejszości olewającej to święto. Okej, wolny wybór. Jednak nierobienie czegoś dla samej zasady nierobienia jest głupie. Nieprawdaż? Oczywiście każdego dnia powinno okazywać się dobre emocje i więzi wobec partnera/partnerki. Ale tak to już jest ze świętami – to czas, kiedy bardziej pamiętamy o świętowanych okazjach (m.in. o kobietach w Dniu Kobiet, o rodzinie w Boże Narodzenie itd.).

                                                       ~1~
Córeczka w drodze z przedszkola zaskoczyła mnie swoją opowieścią.
– Mamusiu, a dzisiaj dostałam od Michała lizaka! – wyznaje dumnie z uśmiechem.
– O! A z jakiej to okazji Martynko?
– Powiedział, że mnie kocha i chce być moim mężem. Wczoraj był taki dzień dla zakochanych i on zobaczył, że jego tatuś dał mamusi kwiatki. I jeszcze powiedział, że ją kocha. I że jest najlepszą żoną na świecie. A on jest szczęśliwy, że może być jej mężem. No i Michał stwierdził, że da mi dzisiaj prezent, bo mnie bardzo lubi. I nie będzie już się mi psocił. Powiedział, że wczoraj nie mógł, bo była niedziela i to wolny dzień od przedszkola.
– Poważna sprawa, kochanie. I co ty na to? – zapytałam zaciekawiona.
– Yyy… jakby to powiedzieć. Ciebie tatuś też często przytula i mówi, że jesteś kochana. Michał w sumie jest fajny. Ładnie rysuje bohaterów bajek. I lubię z nim układać klocki Lego, kiedy mnie nie ciągnie za kitkę. Zobaczymy, czy dalej będzie taki uprzejmy. – odpowiedziała bardzo poważnie.
Uśmiechnęłam się na odpowiedź córki. Mądra z niej dziewczynka.

                                                       ~2~
Często organizujemy sobie babskie spotkania. Lubimy dużo rozmawiać i dzielić się ważnymi dla nas wydarzeniami. Sporo się śmiejemy albo emocjonujemy jakąś sytuacją. Pewnego razu opowiedziała historię swojego związku:
– Coś Tobie opowiem. On jest łasy na młode blondynki. Wystarczy, że któraś będzie miła i zaczyna szukać okazji żeby znowu natknąć się na nią na mieście. Na początku naszego małżeństwa sypiał z innymi kobietami. Wówczas było ostro i otarło się o rozstanie. Nie byłam głupią babą żeby akceptować takie wybryki. Daliśmy sobie jednak szansę. I to była dobra decyzja. Obecnie kiedy wyczuwam w nim „niepoprawne” myśli, to daję do zrozumienia żeby w czas się opamiętał. Wiem, że mnie kocha i zastanowi się dwa razy zanim pozwoli ponieść się męskim instynktom. Przeżyliśmy wspólnie tyle lat i nie potrafimy żyć bez siebie na dłuższą metę. Dbamy cały czas o nasz dom i rodzinę. Teraz dla nas każdy dzień jest jak Dzień Zakochanych.

                                                       ~3~
Nie jest mi źle bez partnera. Walentynki mnie nie dołują. Wręcz przeciwnie – widok zakochanych par obejmujących się, trzymających się za rękę albo często roześmianych – powodował u mnie uczucie ciepła na sercu. Bo to, że jestem singielką nie oznacza, że inni będący w związkach mają chodzić przy mnie smutni. Często mnie pytano, czy z kimś się związałam. Z biegiem czasu sugrowano, czy przypadkiem nie jestem lesbijką. Że oni to zrozumieją, bo takie są czasy. Obym tylko przyznała się. Kiedy zaprzeczałam, to rodzina pretensjonalnie odnosiła się do mnie komentując brak zrozumienia, że nie mam faceta. I że kłamię – tylko nie wiedzą dlaczego. To było bardziej męczące (te pytania) niż spacer wśród zakochanych par. Ja tam wierzę, że dobro do człowieka wraca. Jeszcze wszystko przede mną. A wszystkim zakochanym życzę Happy Valentines! 😀

                                                       ~4~
Pracuje z ludźmi. Praktycznie każdego dnia poznaje nowe osoby i chętnie daje się wyciągnąć na spotkania po pracy. Lubi swoje towarzyskie życie. Partner z kolei ma pracę bardzo zmianową. Czasami musi być w nocy poza domem albo jedzie w delegację na kilka dni. Zatem mając pusty dom w czasie delegacji partnera zaprasza do siebie znajomych. Bywa również, że jedzie gdzieś na spotkanie. Często kończy się to przelotnym romansem (tzw. jednorazowy strzał). Generalnie każdy z nich robi w życiu to, co lubi w życiu zawodowym. I akceptuje tryb pracy drugiej strony. Nie wiadomo tylko, czy partner nie wie o hedonistycznym życiu drugiej strony, czy nie chce tego wiedzieć. Kiedy są razem w towarzystwie, to widać, że jest im dobrze ze sobą. Znajomi z ich otoczenia w większości wiedzą o jego rozwiązłym życiu, ale nie wtrącają się. Co roku obchodzą Walentynki, bo lubią to święto i kochają się. Przynajmniej tak mówią. Może to już przyzwyczajenie.

                                                       ~5~
– Jakie plany na Walentynki? – pyta znajoma.
– Jeszcze nie wiem. – odpowiadam spokojnie.
Jakiś czas później odzywa się na fejsie inny znajomy. Opowiada o swoim pomyśle spędzenia Dnia Zakochanych. I na końcu pyta:
– A Wy co robicie?
– Jeszcze nie wiem. – odpowiadam krótko. I kończę rozmowę.
Tak naprawdę to nie mam pojęcia jak chciałbym spędzić ten dzień. Najlepiej spontanicznie. Na szczęście Aśka jest kochaną wariatką i pewnych rzeczy nie potrzebuje planować, np. Walentynek. Jedno wiem i czuję: na pewno będzie przyjemnie.
W sobotę dzwoni mama.
– Synku, i jakie macie plany na jutro? Idziecie gdzieś? Kupujesz jakiś prezent?
– Mamo, czemu wszyscy tak ciekawią się moimi planami na jutro?! Czy musimy o tym rozmawiać?
– Kochanie, nie pytam ze wścibstwa. Przecież wiesz. Jesteście bardzo dobrze dobraną parą. Rzadko tak bywa żeby ludzie tak dobrze się dogadywali. Widzę jak Asia przy Tobie promienieje szczęściem.
– No właśnie i niech tak zostanie. Kocham cię mamuś, ale już nie męcz mnie tymi pytaniami.
Byłem wymęczony pytaniami o plany na niedzielne święto.
A jak było? Otóż Dzień Zakochanych spędziliśmy bardzo przyjemnie. Obudziłem Aśkę balonami w kształcie serduszek. Było pyszne śniadanie, a potem poszliśmy na długi spacer zakończony pysznymi lodami w pobliskiej lodziarni. Słońce dawało mocno po oczach i naładowaliśmy baterie powerem na kolejne dni. 😛

W związku z wczorajszym Dniem Zakochanych przypomniały mi się powyższe historie moich znajomych będących w związkach (hetero lub homo) z różnym stażem. Imiona są oczywiście zmienione. 🙂

Reklamy

PIĄTEK – WEEKENDU POCZĄTEK

Budzik dzwoni jak co dzień. O matko, znowu trzeba zwlec się z łóżka! Pierwszy moment przebudzenia jest zazwyczaj męczący. Trzeba złapać kontakt z rzeczywistością. A jeszcze jak śni się coś przyjemnego, to nie chce się otwierać oczu. Ręka automatycznie kieruję się w stronę odbiornika. Nie lubię ciszy kiedy już krzątam się po mieszkaniu. Włączam radio i słyszę prezentera: „Dzień dobry! Witam was w piątek! Ostatni dzień pracy. Już prawie weekend!”. Weekend?! Yes, yes, yes! No dobra, trzeba dokończyć zaplanowane sprawy. A potem wolne aż do poniedziałku! Jem śniadanie i zaglądam do kalendarza. Co my tu mamy… Mhmmm… Walentynki wypadają w niedzielę! Dobra, czas wyjść z domu, bo spóźnię się do pracy.

Wsiadam do metra w dobrym humorze. Piątek ma to do siebie, że jak już uświadomię sobie ten dzień to czuję się rześko i tryskam dobrym humorem. Tydzień szybko zleciał. Dużo się działo, ale najlepsze przede mną. Dobrze, że jest czas żeby zaprzątnąć głowę „niezawodowymi” pomysłami. Jak to jest, że organizm dostaje powera, kiedy z tyłu głowy pojawia się myśl o Weekendzie? Dobrze, że na niego zawsze można liczyć. Oj będzie się działo! 🙂

GDYNIA MOJE MIASTO

fontannaObudziła się jak co dzień. Przejrzała poranną prasę i zobaczyła mnóstwo wiadomości poświęconych 90-leciu istnienia miasta Gdynia. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się. Przecież to jej rodzinne miasto. Tam się urodziła, mieszkała i skończyła studia na Akademii Morskiej. Kiedyś wydawało się jej, że nigdy nie wyprowadzi się z Trójmiasta, bo przecież od zawsze czuła silną więź z morzem. Życie jednak weryfikuje plany różnymi potrzebami życiowymi. Wyjechała do Warszawy do nowej pracy. Przez pierwsze pół roku płakała, bo czuła się jak w zamknięciu. Z każdej strony otaczał ją mury budynków. Brakowało jej przestrzeni. Do dzisiaj nie znalazła swojego miejsca z dala od morza. Poznała wielu warszawiaków, którzy pokazali jej ciekawe miejsca w stolicy. Lubi je i w żartach powtarza, że Warszawa byłaby idealnym miastem, gdyby leżała nad morzem. 🙂

Kiedy poznała swojego partnera, pojechali do Gdyni i pokazała mu miejsca, o których istnieniu nie wiedział. Po którymś wyjeździe oświadczył, że marzy o zamieszkaniu w jej rodzinnym mieście. Bez problemu mógłby znaleźć tam pracę. Czuje, że morskie powietrze dawałoby mu energię na każdy dzień. Jednak z pewnych powodów ona jeszcze nie może wrócić do Gdyni. Ale kiedyś na pewno to zrobi, bo przecież marzy o domu nad morzem.

dyrygent falGdynia… Czuła przestrzeń i brak ograniczeń ze strony otoczenia. Kiedy potrzebowała przemyśleć swoje sprawy, znaleźć rozwiązania pojawiającym się problemom albo odzyskać energię i power, zawsze szła nad morze. Siadała na plaży i patrzyła przed siebie. Wsłuchiwała się w szum morza i wiatru. Kiedy zamykała oczy zaczynała głęboko oddychać i powoli znikał ucisk w żołądku, a w głowie pojawiały się nowe pomysły. Wracała uśmiechnięta, pełna energii żeby stawić czoła kolejnym dniom. I tak było zawsze.

Katarzyna Foigt2Mieszkając w akademiku, a potem w hotelu asystenckim mogła z okna pokoju podziwiać zatokę. Wieczorami docierało do niej światło portu i istniejącej wówczas jeszcze stoczni. Nie zasłaniała okien. Lubiła to światło. W pewnym momencie otrzymała propozycję pracy w Gdańsku. Nie wyprowadziła się z miasta. Wolała wstawać o świcie i obserwować wschód słońca w drodze do pracy. Hel o poranku nabierał angielskiego znaczenia „hell”, bo słońce wznoszące się nad półwyspem zabarwiało ziemię na pomarańczowo-czerwono i miało się wrażenie, że Hel płonie. Nigdy tego nie zapomniała i do dzisiaj wzdycha, kiedy przypomina sobie tamte chwile. Warszawie udało się „ściągnąć” ją do siebie, ale to po prostu pewien etap życia. Śledzi  oczywiście wiadomości o Gdyni. Widzi zmiany na dobre. Miasto cały czas się rozwija. Jest dumna, że stamtąd pochodzi.

Wszystkiego najlepszego z okazji 90. urodzin, Gdynio!

[wykorzystane w tekście zdjęcia są własnością innych fotografów]

SPONTANICZNY PONIEDZIAŁEK

Dzisiaj obudziłam się w dobrym nastroju. Nie było problemów z zaplanowanymi zadaniami. Próbuję dodzwonić się do dawno niewidzianej koleżanki. Nie odebrała. „Hmmmm… pewnie jest zajęta w pracy.” – pomyślałam.
Oddzwoniła później.
canstock8178873– Cześć, kochana! Co u Ciebie? Widzisz, odwołali mi właśnie szkolenie. Co teraz robisz? Jesteś bardzo zajęta? Mam tobie tyle do opowiedzenia! Dawno się nie widziałyśmy. Ostatnio to widziałyśmy się jesienią, kiedy gorączkowo szukałaś placówki medycznej żeby wykonać badanie. To może pójdźmy do kina? Na co możemy pójść? – wyrzuciła z siebie słowotok.
– Zaraz sprawdzę i dam ci znać. Oddzwonię. – przerwałam jej zanim zasypałaby mnie kolejnymi nowinkami.
Umówiłyśmy się na miejscu. Wbiegła zadyszana tuż przed seansem.
– Matko, ale dobrze wyglądasz! Zapuściłaś włosy. Wyglądasz łagodniej niż wtedy, kiedy się poznałyśmy. Miałaś krótkie włosy i wyglądałaś jak businesswoman z mocnym charakterem. A teraz widzę uśmiechniętą dziewczynę o wesołych oczach. Super! Dobrze, że nosisz taką długość włosów. Naprawdę! – zaczęła na dzień dobry.
– Naprawdę? Bardzo dziękuję. Ale przywitanie! – odpowiedziałam mile zaskoczona.
Opowiedziała, co zdążyła jeszcze zrobić między naszą telefoniczną rozmową a dotarciem do kina. Mówiła o kilku rzeczach na raz. Przy niej potrzebuję bardzo się skupiać żeby nadążyć za jej tokiem myślenia. Dla mnie to dobry sposób rehabilitacji głowy. Szczególnie, że koleżanka pracuje w branży medycznej. 😉
Film się skończył i zaczęłyśmy zbierać się do wyjścia z sali kinowej. Patrzę, a ona trzyma oklejoną taśmą kopertę.
– A co Ty nosisz tym razem ze sobą?! – pytam rozbawiona, bo zawsze spotykamy się, kiedy jest obładowana notatkami i książkami.
– No właśnie nie wiem co to. Przykleiło mi się do torby. Czekaj, sprawdzę.
Rozbawione zaglądamy do koperty, a tam kartka z napisem: „WYGRANA!:) ZAPRASZAMY PO ODBIÓR DO KASY KINA. GRATULUJEMY!”. Patrzymy na siebie zaskoczone z szeroko otwartymi oczami. Poszłyśmy, a pan w kasie mówi, że to książka. Dostałyśmy „Stuhrmówka, czyli wewnętrzny gen wolności” Macieja Stuhra. Zrobiło nam się jeszcze przyjemniej. Skomentowałam wszystko jednym zdaniem: „Dobro wraca do tych, którzy dzielą się dobrem z innymi”. I żeby było jeszcze bardziej zaskakująco, koleżanka zdecydowała, że to ja mam najpierw przeczytać prezent, bo ona teraz nie ma czasu. Trochę próbowałyśmy argumentować, dlaczego to ta druga z nas ma najpierw przeczytać książkę. I postawiła na swoim – ja pierwsza mam przeczytać. Co za dawka emocji. Ach!
Poszłyśmy na metro. Koleżanka cały czas wyrzucała z siebie słowotok. Ja wracałam do domu, ona dalej w miasto z innymi planami. Tak zagadała samą siebie, że chciała wysiąść na mojej stacji.
Po drodze drobne zakupy i miłe rozmowy z ekspedientkami. Zwróciły uwagę na książkę, więc opowiedziałam im o przygodzie w kinie. Zasugerowały, że powinnam zagrać w totolotka, bo miałam dzisiaj szczęście. W dobrym nastroju wróciłam do domu. Potem wrócił mój mąż. Rozmawialiśmy o dzisiejszym dniu przy kawie i ponownie zostałam zaskoczona. Tym razem przez mojego Ukochanego: „Jesteś najlepszą żoną na świecie!”.
Tyle emocji od poniedziałku! Ciekawe, co przyniosą kolejne dni? 🙂

W POGONI ZA SZCZĘŚCIEM

– Czy jesteś szczęśliwa? Wydajesz się smutna. Nie jesteś sobą. Nie widzę powera.

– Nie wiedziałam, że to widać. Wiesz, staję się obojętna wobec codzienności. Nic mnie nie cieszy i nie rusza. Czuję się zawiedziona sobą.

– Zaskoczyłaś mnie teraz jeszcze bardziej! Co się dzieje?

– Czasami tęsknię do dawnych czasów. Do wydarzeń sprzed wypadku. Smutno mi, że muszę podporządkowywać swoją codzienność „poprawianiem” stanu zdrowia.

– Wyluzuj! Daj sobie czas. Poszukaj w sobie tego, co daje tobie szczęście. Nie obciążaj się obowiązkami, którym nie jesteś w stanie teraz sprostać.

– Ale… Powinnam być w stanie zrobić o wiele więcej! A nie mogę! Nie daję rady!

– Dlaczego POWINNAŚ? Gdzie to napisano? Porównania mogą zepsuć Twoje szczęście. Masz jeszcze sporo do przepracowania. Spróbuj wyhamować ze wszystkimi planami, które ostatnio cię zadręczają. Zamknij oczy i pomyśl o czymś przyjemnym. O! Uśmiechasz się. O czym pomyślałaś?

DS313 ExifImageTitle

Banksy

– Budzę się i widzę błękit morza za oknem. Przeciągam się leniwie i wychodzę na taras własnego domu przy plaży. Ciepły wiatr przyjemnie pieści moją skórę. Zasłaniam ręką słońce i widzę na plaży mojego męża bawiącego się z psem. Wracam do środka żeby przygotować śniadanie. Po wspólnym posiłku mój mąż idzie do własnej restauracji, a ja wracam na taras. Włączam ulubioną muzykę i zaczynam pisać. Jest tak przyjemnie. Myśli same spływają mi wprost do komputera. Mam wypieki na twarzy. Sama nie wiem, czy to od słońca czy od natłoku słów. Mój brzuszek rośnie coraz bardziej. Niedługo nasz rodzina powiększy się. Życie jest piękne!

– To teraz zastanów się, czy jesteś w stanie zrealizować to marzenie. Szczęście to być kochaną za to, kim się jest. Przestań być dla siebie zbyt surowa. Ważne, że nie jesteś sama. Masz kochającego i wyrozumiałego partnera, który ciągnie cię do góry. Sama wspominałaś, że dawniej własną cierpliwością i wytrwałością wspinałaś się w górę. Wypadek wyhamował Twoje plany. Tak miało być. Czas zweryfikować je i opracować nowe. Tylko bez pośpiechu.

– Zacznę od budzenia się w łóżku bez ścisku żołądka, że coś jest nie tak. Spróbuję skupić się na tym, co mnie uspokaja. A wszystkie codzienne obowiązki i plany, których nie mogę uniknąć, przyjmę jako coś oczywistego. Coś, co należy przetrwać.

– Podziwiam Cię za Twoją dotychczasową wytrwałość i siłę. Tylko robot dałby radę bez emocji przejść przez wszystkie przeszkody. Życie jest pełne niespodzianek – nie zawsze tylko tych przyjemnych. Najważniejsze to nie panikować i szukać rozwiązań żeby nieprzyjemne zdarzenia obrócić w coś pożytecznego. Wyciągaj naukę z każdego dnia. Prowadź dalej dziennik, jeśli to ułatwia Tobie życie. Otaczaj się życzliwymi ludźmi. To ważne. I nie bierz do siebie złych zachowań. Co człowiek, to inny charakter. Widzisz, na świecie jest coraz więcej wszystkiego i ludzie sobie z tym nie radzą. Nie doceniają tego, co mają i chcą więcej. Ciesz się, że dostałaś drugie życie. Nie patrz na ograniczenia. Szukaj szczęścia tam, gdzie jesteś w stanie teraz podziałać. Tylko tyle. Albo aż tyle.

ZNAJOMOŚCI PRZYCHODZĄ I ODCHODZĄ

W ciągu naszego życia ciągle poznajemy jakiś ludzi. Część z tych kontaktów pozostaje na dłużej, a nawet – przeistaczają się w głębokie przyjaźnie. Są wśród nich kontakty sporadyczne, które albo sprawiają nam przyjemność albo powodują zmęczenie pochłaniając naszą dobrą energię. Lubię poznawać ludzi, bo często towarzyszą temu ciekawe historie i doświadczenia. Z przyjemnością spędzam czas przy filiżance gorącej kawy wymieniając się poglądami na różne tematy. Jest to dla mnie jeden ze sposobów poznawania świata i zdobywania wiedzy na temat otaczającej nas rzeczywistości. 🙂

Czas płynie, a niektóre kontakty nie przetrzymują próby czasu. Po drodze doświadczamy różnych zdarzeń, które z jakiegoś powodu wpływają na dalsze relacje z wieloletnimi przyjaciółmi/znajomymi. Tak było w moim przypadku. Wypadek zwolnił tempo mojego życia, które prowadziłam wcześniej. To był dla mnie szok i moje strapienie. Większość czasu zaczęłam spędzać w placówkach medycznych, ale mogłam w tym wszystkim mieć więcej chwil na przemyślenia: gdzie jestem i co jeszcze przede mną? Szczególnie, że nagle pojawiły się szokujące dla mnie wyzwania – m.in. nauka chodzenia. Głębokie urazy neurologiczne wymazały kilka ostatnich lat. Widzę je jakby przez mgłę albo słucham opowieści od innych. Czasami kiedy ktoś zaczyna rozmawiać ze mną, to coś tam mi się przypomina. Często jednak patrzę zdziwiona, zupełnie nie pamiętając zdarzenia. Może tak miało być… Może lepiej nie pamiętać? Próbuję sobie wytłumaczyć, że czasu nie cofnę. Ćwiczę pamięć, szukam sposobów żeby było coraz lepiej. Generalnie cieszę się z tego, gdzie dotarłam po tylu miesiącach (baaa – latach!) ciężkiej pracy fizjoterapeutycznej. Zapisuję po drodze pewne wydarzenia żeby ich nie zapomnieć albo sprawdzam starą korespondencję w komputerze. Jestem pogodna, dlatego na pierwszy rzut oka nie widać moich problemów zdrowotnych. I to mnie cieszy, bo nie chcę żeby oceniano mnie przez ich pryzmat.

Piszę o tym, bo spotkałam się w ostatnim czasie z oskarżeniami starych znajomych, że przestałam się regularnie odzywać albo że zapomniałam o ich wsparciu w pierwszych tygodniach po wypadku. Szczególnie podkreśla się czas od momentu, kiedy zaczęłam być w związku. Tak powiedziała mi to osoba, której kiedyś bardzo ufałam i od której otrzymałam sporo pomocy zaraz po wypadku. Rzekomo znajomi poznani przed wypadkiem mają do mnie żal, a część z nich nawet wyrzekła się znajomości ze mną. Podobno jestem niewdzięczna. Byłam bardzo zdziwiona i zatkało mnie. Nie zapomniałam! Nawet napisałam o tym dziękując wszystkim, którzy wtedy się mną opiekowali. Sprawdziłam zarzuty kontaktując się z ludźmi, którzy najbardziej powinni być na mnie obrażeni. Informacje nie potwierdziły się. Usłyszałam, że czas płynie i nie zawsze jest okazja żeby porozmawiać. Czasami nie ma się ochoty opowiadać o swoich problemach. Ja to doskonale rozumiem! W miarę możliwości wrzucałam posty na Facebooka żeby dzielić się aktualnym etapem leczenia i stanem mojego zdrowia (teraz piszę na blogu, bo wiele osób prosiło mnie o dzielenie się swoim spojrzeniem na życie, na otaczający mnie świat). Nie byłam w stanie dzwonić do każdego znajomego osobno, bo to wykańczało mnie fizycznie i psychicznie. Część kontaktów z miesiąca na miesiąc naturalnie słabła. Pamiętam, że odczuwałam trochę znużenie rozmówców, kiedy głównym tematem podczas spotkań był przebieg mojego leczenia i aktualny stan zdrowia. Znajomi z czasem przestali mnie zapraszać. No cóż, nie mogę mieć o to pretensji. Trzeba było pomagać mi w przemieszczaniu się, miałam problemy w poruszaniu się po schodach. Starałam się w tym wszystkim być pogodna i nie skarżyć się na moje życie.

Przyjaźnie przychodzą i odchodzą z jakiegoś powodu. To już wiadomo nie od dzisiaj. W trakcie mojego leczenia pojawiali się nowi znajomi, ale mam też cały czas kontakt ze starymi znajomymi z dawnych czasów (liceum, studia, praca). Z częścią z nich tworzę bardzo przyjacielskie relacje, które trwają do dzisiaj. Nie ma potrzeby codziennych kontaktów żeby utrzymać i pielęgnować z nimi pozytywną więź. Nie ma pretensji, bo każdy ma swoje życie wypełnione różnymi sprawami. Jaki z tego morał? Trzeba słuchać wewnętrznego głosu i postępować według wypracowanych przez lata zasad. Co prawda jestem bardzo wrażliwa i czasami jeszcze łatwowierna, co powoduje wewnętrzne cierpienie i doszukiwanie w sobie winy. Tak było w przypadku oskarżeń, których autorem była jedna nieszczęśliwa osoba. I po co?

Pewnego dnia po wypadku postawiłam sobie jako cel odzyskać chociaż częściowo siłę i powera żeby iść przez życie bez większych problemów. Od ponad roku mam silne wsparcie ze strony kochającego mnie mężczyzny. Są też inne przyjazne dusze, z którymi mogę rozmawiać godzinami. Nikt mnie nie oskarża, a wręcz przeciwnie – prowokują żeby podejmować się ciekawych wyzwań. 🙂

Dziękuję wszystkim, którzy mnie dopingują do dalszej pracy nad swoim zdrowiem i razem ze mną cieszą się codziennością. 🙂 Nie boję się konstruktywnych uwag. Wręcz przeciwnie – cieszą mnie życzliwe sugestie. Mam powera i nie będę odwracać się w poszukiwaniu tego, co straciłam. Wszystkim oskarżycielom mówię: STOP! Odczepcie się! Idę tam, gdzie idę! A wszystkim szczerze życzę powodzenia w realizacji swoich życiowych planów i jak najmniej problemów po drodze. Bo jestem dobrą kobietą! A znajomości zwyczajnie ulegają migracji. 🙂

DZISIEJSZA SĄSIEDZKA CODZIENNOŚĆ

sasiad

maroko.republika.pl/savoir/uprzejm.htm

Często w swoim życiu wspominam, że lubię ludzi. Sprawia mi przyjemność np. mijanie uśmiechnięte osoby, sąsiedzki ukłon o poranku albo uśmiech ekspedientki, kiedy po raz kolejny robię zakupy w tym samym sklepie. Przyjemna jest wymiana kilku uprzejmych słów z ochroną wychodząc albo wchodząc do budynku, w którym mieszkam. Oczywiście powiecie, że są to „płytkie kontakty”, ale czy nie jest miło otaczać się życzliwymi ludźmi?

Dzisiaj piszę Wam o tym, bo jestem zawiedziona otoczeniem na nowym osiedlu, które jest moim domem od kilku miesięcy. Jest bardzo cicho. Mijam mieszkańców, którzy są nieobecni duchem albo odwracają wzrok. W windzie sąsiedzi odwracają się często ode mnie (także od mojego męża) żeby nie odpowiedzieć „dzień dobry”. Któregoś razu mój partner wyszedł z domu w sportowym stroju po bułki na śniadanie. Spotkał sąsiadów, którzy usłyszawszy jego „dzień dobry”, najpierw zmierzyli go z góry do dołu i uznając go za robotnika odwrócili się plecami. Skandal!

Jeden z sąsiadów, tzw. „społeczniak”, pozbierał część kontaktów od mieszkańców naszego bloku żeby stworzyć zorganizowaną grupę lokatorów budynku walczących m.in. z deweloperem i jego podwykonawcami. Z jednej strony dobrze, że dba się w ten sposób o interesy Wspólnoty, z drugiej strony – zignorowano moją propozycję spotkania się na patio budynku żeby poznać się osobiście. Zasugerowałam jednocześnie żeby podczas spotkania pozbierać wszystkie uwagi, co ułatwi przekazanie informacji deweloperowi. Nie wyrażono chęci – przemilczano moją propozycję. Zamiast tego moją skrzynkę pocztową codziennie zapychają ich gorzkie żale na otaczający świat. Oczywiście wszyscy są ekspertami w temacie zarządzania wspólną częścią bloku. Nadal unika się sąsiadów na korytarzu albo w garażu. Zdarza się, że któryś z sąsiadów widząc innego zawraca nagle albo odwraca się pozorując szukania czegoś. To przykre. Ale takie są dzisiaj czasy. Internet stworzył samych ekspertów na masową skalę, którzy w obliczu „face to face” nie mają odwagi powtórzyć swoich internetowych opinii.

Zauważyłam, że każdy budynek na moim osiedlu ma ogrodzone własne podwórko. „Nie jesteś z naszego budynku, więc nie wolno Wam tutaj przebywać!” – to usłyszał rodzić po przybyciu ze swoim dzieckiem na plac zabaw sąsiedniego budynku. „Ten płot daje mi poczucie bezpieczeństwa” – jedna z odpowiedzi mieszkańca sąsiedniego bloku na prośbę ze strony mieszkańca naszego osiedla dot. usunięcia płotu między blokami (sięgającego max. do wysokości kolan) żeby można było krótszą drogą dotrzeć na przystanek tramwajowy. Oczywiście płotu nie usunięto, a ja muszę iść „na około” żeby dotrzeć na przystanek.

Tęsknię za czasami, kiedy można było wyjść przed blok i spotkać życzliwych sąsiadów. Włączam wtedy „Alternatywy 4” żeby poprawić sobie humor w temacie sąsiedzkiej życzliwości. 😀 Kiedyś dzieciaki biegały od podwórka do podwórka radośnie krzycząc do siebie w trakcie zabawy. Wiem, że czasy się zmieniły i jest bardziej niebezpiecznie. Czasami jednak wyolbrzymia się owe niebezpieczeństwo. Któregoś dnia w wakacje byłam w odwiedzinach na starym praskim osiedlu – podobno bardzo niebezpiecznym. Moje serce ujął widok dzieciaków, które przed 21.00 radośnie bawiły się na podwórku. Słońce jeszcze było na niebie. Widziałam sąsiadów, którzy mijając się, przystawali na chwilę żeby pokonwersować. Była też młodzież przesiadująca na schodach i głośno o czymś dyskutowali. Nikt nie krzyczał, że jest zbyt głośno. To było niesamowite. Lubię tam wracać żeby choć przez chwilę poczuć, że taki świat nie został zniszczony przez zmieniającą się współczesną cywilizację. 🙂

Mam wrażenie, że interpretacja wolności została dokonana w niewłaściwy sposób. Pomylono ją skutecznie z krótkowzrocznością i widzeniem tylko własnego czubka nosa. Im więcej czasu mija od uzyskania wolności, tym więcej obserwuję udziwnień – mnóstwo ekspertów, krytyki, trollowania i ciągłego „ja”. Owszem dbanie o własne życie i otoczenie jest bardzo ważne, jednak nie żyjemy sami na tej planecie. Jesteśmy gatunkiem, które na dłuższą metę nie jest w stanie żyć w pojedynkę. Nie chodzi o poprawność polityczną, ale o umiejętność relacji z otoczeniem. Uprzejmość, życzliwość, zwyczajne „dzień dobry”, „miłego dnia” mogą poprawić codzienność, w której żyjemy. To wcale nie doprowadzi do sytuacji, że inni „wejdą nam na głowę”. Lepiej wymieniać się opiniami niż narzucać sobie przemądrzale swoje postrzeganie świata. Pewne rzeczy na tym świecie nie zmieniają się przez stulecia. Życzliwe relacje między ludźmi – choćby nawet w małym społeczeństwie – są w stanie stworzyć harmonię i porządek.

W wakacje wpadła mi do rąk najnowsza książka Marcina Kołodziejczyka „Dysforia. Przypadki mieszczan polskich”. Znajdziecie tu portrety mieszkańców różnych miast – zarówno przyjezdnych jak i autochtonów. Piętnaście historii nt. relacji międzyludzkich opisanych w różnych miejscach – balkony bloków, parki, korytarze i biesiadowanie przy stole. Czytam już kolejną książkę dot. kontaktów twarzą w twarz, więc jeszcze będę wracać do tematu postaw między ludźmi.

Może i jestem idealistką, ale co mi tam! Przynajmniej mam dobre samopoczucie wychodząc z domu albo czytając Wasze komentarze pod moimi wpisami/postami. Dziękuję Wam za to! 🙂