POLISH WOMAN IN NEW YORK

Przez pierwsze 2 tygodnie września mogłam obserwować pasażerów w nowojorskim metrze. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Co prawda ostrzegano mnie kiedyś żeby nie przyglądać się mieszkańcom Nowego Jorku zbyt natarczywie, bo może to skończyć się awanturą. Mając to na uwadze postarałam się niezauważalnie zostać obserwatorką innych. Od zawsze lubiłam przyglądać się ludziom dyskretnie. Wyłapywałam wówczas fragmenty rozmów albo różne zachowania i dziwne relacje między ludźmi. 🙂

Zauważyłam, że pasażerowie w metrze lubią drzemać. Odległości między stacjami jest znaczna w porównaniu z warszawskim metrem, więc pozwalała na chwilę snu. Ludzie w półśnie uśmiechali się (zapewne robili to nieświadomie). Bywało, że opadała im głowa…ale… niemal od razu podnosiła się. I tak ich głowa pasażera walczyła z grawitacją aż poczuł, że czas otworzyć oczy i wysiąść. Inni opierali głowę o szybę lub ścianę pociągu z założonymi jednocześnie rękoma. Zabawne było podróżować w długim wagonie pełnym śpiochów. Niczym w dormitorium. Zadziwiające było, że nie obawiali się kradzieży w trakcie drzemania. Było to dla mnie jednocześnie odprężające, że można poczuć się bezpiecznie w podróży w obcym towarzystwie. Awsome!

Oprócz śpiochów spotykałam w metrze ludzi podróżujących w dziwnych pozycjach, np. mężczyzna wracający z pracy, który podtrzymywał nogami swoją torbę NA STOJĄCO żeby móc przeglądać podczas podróży swoją komórkę. 🙂

podroz metrem

Zdarzały się sytuacje jak z filmu – tancerze street dance śmiało tańczący w wagonie, a na koniec zbierający datki na dalszy rozwój umiejętności. Innym razem czarnoskóry bezdomny zbierał pieniądze na jedzenie. Sprzedawał lizaki żeby nie zarzucić mu że jest darmozjadem. Opowiedział o swoim codziennym życiu i podziękował za uwagę.

lizak od bezdomnego

Wspominałam Wam w którymś poście na moim fan page’u, że po pierwszym dniu w Nowym Jorku wyzbyłam się wszelkich kompleksów nt. swojego ciała. Myślę, że ich zasady obyczajności… u nas nie pozwolono by na taką frywolność i niechlujność. Niektórzy chodzili śmiało w dziurawych, znoszonych  ubraniach. Inni odsłaniali niezbyt ładne ciało. Nawet powszechny nadzór policyjny w mieście na każdym kroku nie zakłócał swobody w wyglądzie. Ludzie nie czuli ograniczeń w przestrzeganiu zasad kultury. Trafiliśmy na święto pracy i ich paradę „West Indian Day Parade” akurat w dzielnicy, w której nocowaliśmy. Zobaczyłam kobiety w odważnych strojach – zarówno mające piękne ciała, ale i te puszyste, z cellulitem, fałdkami albo rozstępami. Można było zauważyć, że są pogodzone ze swoim wyglądem i śmiało kroczyły w tłumie.

#westindiandayparade2

#westindiandayparade

Bardzo podobał mi się charakter miasta – to tętniące życiem miejsce. Każda większa przestrzeń jest wypełniona krzesełkami i stolikami żeby można na chwilę przysiąść podążając ulicami NYC. Parki, skwerki, przestrzenie osiedlowe były pełne ludzi. Bez względu na porę dnia. Brakuje mi tego w Polsce. Ludzie chętnie jadali posiłki na świeżym powietrzu. Widziałam kolejki do food trucków. Nikt nie miał problemu, że musi poczekać na swoją kolej. Białe kołnierzyki wychodziły z biur i chętnie kupowali lunch w małych bistro albo z ulicznych samochodów z jedzeniem. Siadali w parkach albo wracali do budynku.

NYC everyday

To był bardzo ciekawy wyjazd. Z jednej strony czułam odprężenie, że dobrze wyglądam pomimo swoich problemów zdrowotnych. Z drugiej strony poczułam tęsknotę za Europą, gdzie panują stare zasady bon ton – etykiety, sposób zachowywania się w stosunku do drugiej osoby, ubiór. A to dla mnie bardzo ważne. Cieszę się, że mieszkam na starym kontynencie. Podróż do Nowego Jorku pozwoliła mi bardziej docenić to, co mam i gdzie jestem. Jak to śpiewał Sting: „Be yourself no matter what they say”. 🙂